wtorek, 30 maja 2017

Śmierć w imię czego?

Uznałam, że lepiej napisane, niż idealne. Można powiedzieć, że #zpoleceniaaniamaluje :) Miałam napisać inny post, jest już w szkicach. Ale jest dość hmmm ambitny? Więc nie chcę go pisać zmęczona, po limoncello - rozumiecie :) A dziś przemawiają przeze mnie po prostu emocje.

Proszę Was - przeczytajcie ten tekst. Za chwilę się wszystko wyjaśni. Chcę Wam powiedzieć coś, co zawsze ukrywałam. I nie tylko ja. Chcę nagłośnić ten problem, bo to naprawdę plaga. Plaga śmierci.




Poranek - wstałam chwilę wcześniej przed Nim, zrobiłam śniadanie. Potem pobawiłam się trochę w panią domu i nauka. Po obiedzie (niech żyją pierogi i niech żyje zamrażarka! na szczęście niedługo odwiedzę Polskę i będę mogła się najeść pierogów do woli :) ) drzemka. Sukces! Zamiast 3 godzin przespałam niecałą godzinę :P Potem nauka i wyjście na bieżnię. Przydało mi się. Dla rozluźnienia, dla rozruszania się, dla pobycia chwilę na słońcu, dla pobycia w samotności. W sumie prawie cały dzień byłam sama, ale to nie to samo, kiedy muszę sie uczyć albo sprzątam/gotuję :D

Żeby nie było, że tylko udaję :D



I przede wszystkim - dla zrozumienia pewnej rzeczy.

Od 3 miesięcy nie miałam napadu kompulsywnego jedzenia. Tak po prostu. To dla mnie ważne. Ba, to już ponad 3 miesiące. W trakcie tego okresu miałam chwile, w których zaczynałam sięgać nierozważnie po jedzenie ale... po chwili chowałam wszystko i zajmowałam się czym innym. To się nazywa samoświadomość. Osiągnęłam ją.

Wiecie, jakie to szczęście? Niewyobrażalne. Cieszę się jak głupia, bo potrafię jeść normalnie jak inni, nie analizować każdego posiłku. Wiem, że to wszystko może wrócić. Wiem to doskonale. Bo już bywało dobrze. Ale teraz mam świadomość, że to świństwo trwa połowę mojego życia. I wiem, że chcę się tego pozbyć. Wiem, z czym walczę. Mam swoje strategię. Jestem dumna.

Dlaczego o tym piszę? Dlaczego się otwieram?

Dowiedziałam się o śmierci pewnej dziewczyny. Nie znałam jej. Wiem tylko, że też walczyła z zaburzeniami odżywiania. Miała 17 lat. Młodziutka, miała całe życie przed sobą. I już jej nie ma. Niewydolność krążeniowo - oddechowa, we śnie. Chociaż tyle...

I przychodzą mi do głowy wszystkie cięższe wspomnienia z 12 lat mojej choroby. I po co? I na co? Dla płaskiego brzucha? Dla tight gap? No sorry, a jakie to ma znaczenie? Warto dla tego umrzeć?

A co z resztą naszego życia? Nauka, relacje międzyludzkie, pasje, marzenia, podróże? I wszystko inne. Serio warto opierać się na tej jednej rzeczy? Na wadze? No kurwa. No nie. 
I ja to rozumiem dzisiaj. 
Chociaż dalej walczę. I mam 24 lata, od 12 roku życia choruję na zaburzenia odżywiania. Otarłam się o anoreksję. Rok temu byłam bliska ortoreksji. Na szczęście wyczułam w porę, co jest grane i rzuciłam wagę kuchenną w kąt. Teraz mam w dupie te wszystkie fit mody, rozkłady BWT. Bo chcę żyć. Nie egzystować, myśląc o kaloriach. Zjem na kolację pizzę i popiję piwem. I co? I nic. Bo na drugi dzień pójdę pobiegać. Ale nie pójdę pobiegać, bo za dużo zjadłam. Zrobię to dla siebie, dla relaksu, dla zdrowia, dla odcięcia się od nauki i problemów. Bo kiedy ruszę tyłek, to potem lepiej mi się myśli, łatwiej mi się zabrać do dalszej pracy, myślę bardziej trzeźwo.

I co z tego, że nie jestem tak szczupła, jak półtora roku temu? Ważyłam 48 kg. Albo i mniej. Cóż, tu była kwestia stresu - prawie nic nie jadłam. Jak fajnie było mieć szczuplutkie nóżki, niemal płaski brzuch. Ale nie miałam też cycków. Miałam płaski tyłek. Nie miałam siły na nic. Miałam zrytą psychikę. 

I pamiętam doskonale pewien moment. W którym patrzyłam w lustro. I wcale nie byłam szczęśliwsza! Tęskniłam wręcz za moją oponką na brzuchu - miałam ją zawsze, była moja. Tęskniłam za moimi udami.

A kiedy potem przytyłam 10 kg, znowu byłam w dołku. To zbyt skomplikowane, żeby o tym teraz pisać. Ale jesteśmy tu i teraz - dzisiaj.
Dzisiaj cieszę się, że odzyskałam ten brzuch - serio :D . Mam też siłę - uwielbiam brać moją prawie 8-letnią siostrzenicę (ważne - nie jeste chucherkiem, taki mały pulpecik :) ) na ręce i chodzić z nią po mieszkaniu. To mi daje więcej radości, niż waga poniżej 50 kg.

Nie jesteśmy cyferkami! Jesteśmy czymś więcej. Ważne jest to, jak traktujemy innych. Co mamy w głowie. Jakie mamy ambicje.

Jeżeli mojej siotrzenicy tłumaczę, że nieważne, czy mmay 5 kg więcej czy mniej, ale ważne, jakimi jesteśmy ludźmi - dlaczego nie mogłam sama tego zrozumieć? Ona w lipcu skończy 8 lat. I przyznaje mi rację.
Jasne, jeśli masz 160 cm wzrostu i ważysz 90 kg - coś jest nie halo. Lepiej zbadaj hormony, sprawdź czy wszystko ok z Twoim zdrowiem. Właśnie - zdrowiem. Zrób to dla zdrowia. Nie dlatego, że na instagramie widzisz laski na siłowni. 

Śmierć tej dziewczyny mną wstrząsnęła. Bo te choroby często są niewidoczne. Mało kto wie, że ja w ogóle choruję. Ok, raczej 80% znanych mi osób twierdzi, że nie jestem normalna :D Ale tak na serio - ile osób z mojego otoczenia zdaje sobie sprawę z tego, że od 12 roku życia choruję na zaburzenia odżywiania? Niewiele. 

Proszę Was - nie myślcie płytko. Jasne, że wygląd jest ważny. Sama lubię się malować, ładnie ubrać. Ale serio, poświęcanie swojego życia, żeby ważyć mniej? Naprawdę warto?
Ok, może nie mam zbyt wielu kwalifikacji do wejścia na rynek pracy. Może znam tylko 2 języki obce na poziomie B2, a nie 5 na poziomie C1. 
Ale nauczyłam się czegoś ważniejszego - mieć szacunek do swojego ciała. Ok, to trochę hipokryzja - każdy wie, że palę. Ale ilość wypalanych przeze mnie papierosów to nic w porównaniu do tego, co robiłam ze swoim organizmem przez połowę swojego życia. Teraz wiem, że znaczę coś więcej, niż cyferki na wadze, niż płaski brzuch. Jesteśmy tu po coś więcej, niż codzienne stawanie na wadze. Ja chcę żyć, a nie egzystować. Nie wstydźcie się siebie w lecie na plaży albo w krótkich spodenkach. Nie ma czego! Serio. Co z tego, że mam cellulit? Tak samo nie obchodzi mnie, że Ty go masz. Dla mnie ważne, że dobrze się czujesz, i że jesteś!



Myślę, żeby udostępnić to na swojej tablicy na fejsie. Żeby uświadomić ludziom, że to powszechniejsze, niż mogłoby sie wydawać. Nie wiem, czy się odważę. Ale z drugiej strony - co mnie to obchodzi. Jeżeli chociaż jedną osobę odciągnę od pomysłu diet i głodówek "bo idzie lato" - warto. Zajebiście warto.



WAŻNE
31.05
Dostałam cenną uwagę - sprowadziłam tutaj zaburzenia odżywiania do płytkiego aspektu wyglądu. Otóż ważne jest, że często osoby chore na ED nie mają świadomości kierujących nimi mechanizmów. Więc one same sprowadzają swoje działania do chęci uzyskania konkretnej sylwetki.
Poza tym nie mam kwalifikacji, żeby rozpisywać się na temat źródeł zaburzeń odżywiania. Mogę się opierać jedynie na swoim przykładzie. Ale w każdym wypadku może być zupełnie inaczej. Mam wysoką samoświadomość swojej psychiki - swojej, nie jest to wiedza ogólna z zakresu psychologii i nauk pokrewnych. 
Zaburzenia odżywiania miewają bardzo skomplikowane podłoże. Każdy przypadek jest indywidualny
A ja może kiedyś podzielę się z Wami moimi osobistymi odczuciami w tym temacie. Na temat odbierania świata przez osobę chorą na ed. Jeśli macie konkretne pytanie, życzenia - dajcie znać, postaram się zrobić co w mojej mocy, żeby uświadomić ludzi, żeby odwieść od niepotrzebnych problemów choć jedną osobę.

6 komentarzy:

  1. Naprawdę świetny tekst:-)
    To niestety prawda że ed wciąż są tematem tabu a powinno mówić się o nich dużo i otwarcie.
    Uratowałoby to nie jedno życie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Chyba częściej zamiast myśleć nad tematem, powinnam po prostu pisać pod wpływem emocji - działoby się tu więcej.

      Masz rację. Dlatego chyba to ten moment, żebym wyszła z cienia. Bo ED zabija.

      Usuń
  2. W punkt! Napisałam kiedyś nawet coś podobnego. Fitobsesja jest groźna, jak każda inna moda w społeczeństwie. Wszędzie niskokaloryczne posiłki i ćwiczenie na siłowni codziennie. A przecież wystarczy napisać: zjedz ciemny chleb zamiast białej bulki. Zjedz banana zamiast czekolady. Idź pieszo zamiast jechać. Idź na rower. A wieczorem zamów pizze i wypij piwo z przyjaciółką, bo raz na jakiś czas Ci się należy. Ludzie uwielbiają popadać ze skrajnosci w skrajność.
    Ja też mam za sobą +10kg i makaron z majonezem o 2 w nocy. I uratowało mnie odkrycie sportu, który sprawia mi przyjemność. Wcześniejsze diety i karnety na siłownię nie dawały nic, bo ich nienawidziłam. I się zmuszalam. A teraz czasem idę na trening, a czasem zjadłam paczkę chipsów. Mam mocne uda, nieplaski brzuch, jestem silna i szczęśliwa jak nigdy. I tego życzę wszystkim. <3
    Dzięki za ten tekst!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę sie, że z tego wyszłaś! Dokładnie o to zdrowe podejście chodzi. Jesteśmy ludźmi. Nie maszynami.

      Trzymaj się cieplutko! <3

      Usuń
  3. Maju, jestem w tej samej grupie na FB co Ty.. I My mamy tak wiele wspólnego. Gonimy za tym, aby dorównać innym. Płaski brzuch, chude nogi.... Odczuwamy niesprawiedliwość, bo inne dziewczyny są już takie od ''zawsze'', a my musimy robić TAKIE rzeczy, aby im dorównać. Potrafimy zrujnować swoje zdrowie, aby wyglądać w oczach innych CHUDO, gdzie w swoich pozostajemy nadal grube.
    Walczymy same ze sobą, doprowadzamy do autodestrukcji , a prawdziwa radość z życia przecieka nam przez palce. Pamiętam Dominikę, przypomniała mi się jej osoba, gdy zobaczyłam jej zdjęcie, nawet chyba ''kiedyś'' zamieniłam z nią kilka słów na Messengerze. Niektórym to otworzy oczy, ale niestety tylko na chwilę. Ta sytuacja dała nie jednej z Nas kopa motywacyjnego, ale na jak długo?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że jednak będziemy o Dominice pamiętać długo. I nauczymy się czegoś z jej choroby i śmierci.
      Jest tak jak piszesz - pogoń za czymś bezsensownym, co nas tylko niszczy. Ale wiem, że sobie poradzimy. Damy sobie radę.
      Trzymaj się! I pamiętaj - zdrowie jest najważniejsze, musimy o siebie dbać!

      Usuń